„Dwie godziny? Boże, ale to musi być nudne!”

Jestem dziwny i udowodnię to pewnie jeszcze nie raz na tym blogu. Opowiem dzisiaj o tym, dlaczego jako dzieciak wolałem przesiedzieć godzinę czy dwie „grając” na symulatorze niż w popularne gry akcji.

Nie wiem dlaczego, ale nigdy specjalnie nie pasjonowały mnie gry typu strzelanki i inne tego typu gry akcji. Ze trzy razy w życiu grałem w takie dłużej niż jeden dzień dochodząc do połowy i stwierdzając, że robi się to nudne. Znacznie bardziej lubiłem popularne gry wymagające myślenia, czyli strategie. The Settlers, później Age Of Empires i im podobne często pochłaniały długie godziny i dni przed komputerem. Jednak prawdziwą miłością okazały się symulatory.

Na rynku gier istnieje wiele symulatorów różnych czynności. Są one mniej lub bardziej realistyczne. Jedne tylko nakreślają specyfikę symulowanej czynności stawiając bardziej na porywającą fabułę. Inne znajdują złoty środek między fabułą stawiającą wyzwania (misje) a realizmem. I w końcu są tez moje ulubione, których twórcy postawili sobie za nadrzędny cel jak najdokładniejsze odwzorowanie rzeczywistości.

Za co uwielbiam symulatory?

To proste. Symulatory to często jedyna okazja na choćby delikatne zasmakowanie czegoś, czego nigdy w realnym życiu nie zrobimy. Dostarczają też wiedzę na temat specyfiki niektórych zawodów. Właśnie dzięki symulatorom wiem, po co w lokomotywie „kierownica”, jak ważne są śruby dziobowe podczas manewrowania kontenerowcem w ciasnym porcie, co przeżywa kierowca karetki przebijając się na sygnale przez labirynt aut na drodze oraz jak denerwujący potrafią być pasażerowie kupujący bilet u kierowcy autobusu, gdy masz już minutę opóźnienia.

I choć często symulatory te nie porywały arcydynamiczną fabułą, to je uwielbiałem. Tylko jazda przez 40 minut stresując się o punktualny dojazd do końca trasy pozwoli zrozumieć pracę kierowcy autobusu. Tylko półgodzinna walka z hamulcem towarowego składu na przełęczy górskiej da obraz pracy maszynisty prowadzącego ogromny pociąg po trudnej trasie. Oczywiście nie można powiedzieć, że dzięki grze wiem dużo na temat danych profesji. Niemniej dają one na tyle realny obraz rzeczywistości, aby stwierdzić, czy ta praca nas interesuje.

 



 

Od symulatora do realnego życia

W tym miejscu docieramy do sedna. Jeden z symulatorów szczególnie przypadł mi do gustu. Na tyle mocno, że moim marzeniem stało się dokonanie tego samego w rzeczywistości. Mowa oczywiście o Microsoft Flight Simulator – symulatorze, w którym ciekawe misje stanowią tylko dodatek, z którego niewielu entuzjastów korzysta. Najlepsze modele samolotów kompatybilne z FSX perfekcyjnie odwzorowują działanie i fizykę prawdziwego samolotu. Mamy dostępną prawdziwą scenerię niemal każdego realnego lotniska na ziemi. Możemy latać między miastami i zajmie nam to mniej więcej tyle samo czasu, co realny przelot na tej trasie. Dzięki powstaniu takich sieci jak Vatsim jesteśmy w stanie odwzorować także kontrolę ruchu lotniczego. Zarówno od strony pilota, jak i kontrolera. W końcu stosowanie tych samych zasad i przepisów, jakie obowiązują prawdziwych pilotów. Tak. Latanie samolotem w sieci wiąże się z posiadaniem niemałej ilości wiedzy i umiejętności.

LOT_Embraer_ERJ-170-100LR_170LR_Wadman-1
To jest E170. Tym latam 😉

Chciałbym przeprosić za brak wpisu przez te kilka dni. Jestem właśnie w trakcie szkolenia, które pozwoli mi latać oficjalnie jako pilot wirtualnego odpowiednika Polskich Linii Lotniczych LOT na samolotach typu Embraer E170/175/190. Pozostał mi jeszcze egzamin praktyczny. Ale jest coś jeszcze. Profesjonalne latanie w FSX pod wirtualną kontrolą to najbardziej realna namiastka mojego marzenia. Kamyczek milowy, który motywuje do działania, do osiągania celu.

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Dodaj komentarz