O tym, jak zachorowałem na lotnictwo

Dziecko przy szybowcu
Dziecko przy szybowcu
Nie. To nie ja, ale pewnie wyglądałem podobnie.

Dziś kilka… no może więcej niż kilka słów na temat tego, skąd się wzięła moja pasja do lotnictwa. Kto jest temu winien, przez kogo to wszystko. Będzie też o szóstce za samoloty, o szybkim kursie szukania sponsorów (takich biznesowych) i o tym, jaki wpływ na wszystko miało GG. Zapraszam!

Początki

Zaczęło się dawno. Nawet bardzo dawno. Jako zaledwie cztero- może pięcioletni chłopak miałem możliwość odwiedzenia tarasu widokowego na warszawskim Okęciu. Zabrała mnie tam mama, żebym mógł zobaczyć jak samoloty wyglądają z bliska, jak startują i lądują. Był to tylko jeden z wielu punktów wycieczki po Warszawie, ale jak widać okazał się najważniejszy. Już wtedy wywołał we mnie pewną fascynację maszynami latającymi. Były takie ogromne, a mimo to latały. Był jeszcze jeden powód. Za zdjęcia, które wtedy wykonałem, dostałem szóstkę w pierwszej lub drugiej klasie podstawówki (nikt takich nie miał) 🙂

Sam na sam, blisko…

Drugim istotnym wydarzeniem, kilka lat później, była zorganizowana przez tatę wizyta w Ś.P. nieistniejącym już Aeroklubie Suwalskim. Wcześniej wielokrotnie zdarzało mi się widywać w drodze do Suwałk piękne, białe, błyszczące laminatem szybowce krążące bezszelestnie kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Podczas wizyty miałem jednak okazję przyjrzeć im się z bliska, dotknąć, polizać. Nie zapomnę też momentu, gdy jeden z nich złapał komin termiczny dość nisko, idealnie nade mną. Widok krążącego kilkumetrowego szybowca wywarł na mnie spore wrażenie. Na tyle spore, aby postawić sobie wtedy za cel zrobienie pozwolenia na latanie szybowcami. To kolejny dowód na to, że uwielbiam sobie stawiać niemal niemożliwe cele. Miałem wtedy chyba 13 lat. Próbowałem na wiele sposobów. Szukałem nawet sponsora dla aeroklubu, bo umówiliśmy się, że tyle kasy ile uda mi się zdobyć, tyle będę mógł „wylatać”. Niestety, nikt nie chciał powierzyć nastolatkowi swoich pieniędzy. Ciekawe czemu.

Grunt, to dobry przewodnik.

Ale były przecież komputery. Era internetu i Gadu-Gadu. Właśnie wspomniany komunikator oferował wówczas coś takiego jak grupy tematyczne (tak, miał to jeszcze przed nk i fb). Można było wpisać nazwę jakiegoś hobby, imię i nazwisko wykonawcy, albo cokolwiek innego, co nas interesowało, a następnie pojawiała się lista osób, z którymi można było o tym pogadać. Zdecydowanie wolałem to, niż chat na Interii. Za bardzo mulił. I tak właśnie, na jednej z grup poznałem Cypriana (pozdrawiam!), który podobnie jak ja interesował się muzyką elektroniczną. Jednak, jak się później okazało, nie tylko. Też interesował się lotnictwem. Latał na (jeszcze wtedy) Microsoft Flight Simulator 2002 i miał całkiem spore doświadczenie. Udzielił mi kilku lekcji. Udało się też zrobić jeden, czy dwa loty online, ale tu już potrzebna była większa wiedza. Wtedy wyjechał do technikum, do innego miasta i nasz kontakt się urwał na jakiś czas.

A mogło być tak pięknie.

Później, przyznaję, był okres małego zapomnienia o pasji do latania. Nie wiem, albo nie chcę wiedzieć jaka była tego przyczyna. Czy może coś innego wzięło górę, czy może uporczywe nakłanianie do pilnej nauki (przecież matura i w ogóle) ze strony rodziców zrobiło swoje. Notabene tych samych, którzy (pewnie nieświadomie) rozbudzili we mnie tę pasję. Niemniej żałuję tych straconych lat. Gdyby nie one, możliwe, że inaczej potoczyła by się moja kariera. Kariera pilota.

 



 

Minęło liceum, zaczęły się studia.

Studia spędziłem w innym mieście, dwie godziny drogi od domu rodzinnego. Między nauką do kolokwiów i egzaminów (taaa jasne) miałem czas na powspominanie niektórych spraw z dzieciństwa. To chyba taki wiek, gdy z tęsknotą pierwszy raz w życiu wraca się  myślami do wspomnień. Wróciła pasja do lotnictwa, wrócił FSX i wizyty na lotnisku aeroklubowym. Zgrało się to też z pojawieniem na rynku tanich przewoźników autobusowych (PolskiBus i inne), a więc też łatwiejszym dojazdem na lotniska międzynarodowe. Bum przeżyły wówczas także tanie linie lotnicze. I tak w końcu zafundowałem sobie pierwszy lot. Z Warszawy do Gdańska. Ryanairem. Od tamtej pory Boeingiem, Airbusem, czy innym Embraerem latam kilka razy rocznie. A nie mniej niż 365 razy rocznie myślę o tym, żeby kiedyś zasiąść za sterem jednego z nich.

To chyba tyle.

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Dodaj komentarz