Pierwszy widokowy lot szybowcem

Wyszło dość spontanicznie. Po prostu rzuciła mi się w oczy oferta lotu widokowego Aeroklubu Warmińsko-Mazurskiego na Grouponie. Znalazłem najbliższy wolny dzień, uzgodniłem wyjazd z dziewczyną i pojechaliśmy…

Nie wiem gdzie dokładnie znalazłem tą ofertę. Pewnie gdzieś na facebooku. Niemniej zajrzałem na nią i ku swojemu zaskoczeniu zobaczyłem dość atrakcyjną cenę. Jednak jak to ja, muszę zawsze upewnić się, że taniej się nie da. I dobrze, bo na stronie samego aeroklubu ceny były jeszcze niższe. Co prawda uboższe o herbatę w przylotniskowym barze, ale uznałem, że nie jest mi ona do szczęścia potrzebna. Zdobywszy dane kontaktowe postanowiłem się umówić na konkretny termin. Był poniedziałek, a wyjazd planowałem na sobotę. Było wczesne lato 2015 roku

Przyjedź Pan w sobotę, to zobaczymy co da się zrobić.

Szczerze mówiąc dla kogoś, kto musiałby przejechać 250km w jedną stronę odpowiedź „zobaczymy co da się zrobić” nie była zbyt satysfakcjonująca. Z uporem maniaka starałem się wydobyć od rozmówcy konkretną deklarację. Stanęło na tym, że mam zadzwonić w sobotę rano, zobaczymy jakie będą warunki. No trudno, tyle musiało mi wystarczyć.

Tydzień minął. Piątkowe prognozy na sobotę były dość sprzyjające. Ciepło, ale nie do końca spokojnie. Warunki powiedzmy dobre do latania. Uspokoiło mnie to nieco i zapadła decyzja – jedziemy. W sobotę rano umówiony telefon i… małe zmartwienie. Nie traktowano mnie bynajmniej jak klienta pytając na którą chcę przyjechać. Bardziej wyglądało to tak:

– To będzie Pan u nas gdzieś o 10:00.

– Ale ja nie mogę. Do 14:00 pracuję.

– To nie dobrze. (chwila zastanowienia) To przyjdzie Pan o 16:00. O tej porze powinniśmy jeszcze latać.

– Nie wiem czy zdążę przyjechać w dwie godziny. Czy można umówić się na 17:00?

– (lekkie poddenerwowanie w głosie) No jeśli jeszcze będziemy na lotnisku, to tak. Przyjedzie Pan jak najszybciej, zobaczymy co da się zrobić.

 I znowu zostałem z niepewną sytuacją ryzykując przejechanie prawie 500km na próżno. Ale nic. Wybrałem się najszybciej jak się dało i na kilkanaście minut przed 17:00 byłem na płycie lotniska Olsztyn Dajtki.

 



 

Dotarliśmy do punktu dowodzenia. Wspominałem, że jechałem z dziewczyną? Ona też lubi samoloty. Poza tym jest świetnym fotografem i to jej zawdzięczam wszystkie piękne fotopamiątki z tego dnia.

Po przywitaniu się z lotnikami i ich instruktorem dowiedziałem się, że muszę chwilę poczekać, bo jeszcze są zaplanowane dwa starty szkoleniowe. Nie było to żadnym problemem, gdyż lubię obserwować to, co dzieje się na lotnisku. Nawet szybowcowym. Chwila okazała się ponad godzinnym oczekiwaniem. W końcu dopchano na pas dwumiejscowego Puchacza, w którym miałem lecieć. Jeden z lotników postanowił zaznajomić mnie z przyrządami pokładowymi szybowca.

przed lotem lotnisko olsztyn

Jako, że nie od dziś interesuję się lotnictwem, to już dobrze wiedziałem do czego służą. Niemniej miło posłuchać pasjonata. Później pierwszy kontakt ze spadochronem. Stosunkowo ciężkie i niekomfortowe dziadostwo. Jednak może uratować życie, co kompensuje wszelkie niewygody. Na koniec instrukcja, by trzymać nogi lekko podkurczone i niczego nie dotykać. OK, spoko.

przed lotem szybowcem

A… i jeszcze jedno.

Wyciągarka rozpędza szybowiec do setki w trzy sekundy, więc nie przestrasz się. Na górze będzie też słychać stuknięcie. To nic groźnego, tylko wyczepienie liny holującej.

 To też już wiedziałem, ale pewnie pod wpływem emocji wywołało to pewien niewielki dreszczyk strachu. Siedziałem już w środku. Kabina zamknięta. Emocje sięgają zenitu. Dwoje młodszych lotników chwyta za skrzydła szybowca. Zaczyna się. Najpierw chwilkę powoli i nagle ogromne przyspieszenie wciska mnie w siedzenie wywołując pewnie na mojej twarzy minę podobną do tej:

przerażone dziecko

Po zaledwie paru sekundach odrywamy się od ziemi i wznosimy. Ziemia jest coraz dalej, a ja obserwuję po prawej stronie nasz cień, jaki rzucamy. Osiągamy wysokość, na której odczepiamy linę i dalej lecimy już o własnych siłach.

lot szybowcem lotnisko olsztyn
lot szybowcem lotnisko olsztyn

Lot trwał zaledwie parę minut. Jednak przez ten czas człowiek jest w stanie dostrzec mnóstwo elementów krajobrazu, których nie sposób dostrzec z poziomu gruntu. Łąki, osiedla domków. Coś co wygląda jak dawne koryto rzeki, teraz porośnięte trawą i lasem. Znajdujemy się gdzieś między chmurami, a ziemią. To zaskakujące, jak inaczej wygląda zarówno jedno, jak i drugie z tej perspektywy. Dostrzega się ukształtowanie terenu i trójwymiarowość chmur.

DSC_1282

Szukamy noszenia, ale o tej porze jest o nie bardzo trudno. Coś od czasu do czasu nas lekko podbije, ale to za mało na dłuższy lot. Kolejne metry wysokości uciekają nieubłaganie. W końcu wychodzimy na ostatnią prostą do pasa. Lecimy nisko nad czubkami drzew. Mam wrażenie, że moglibyśmy dotknąć ich rękoma, gdybyśmy tylko mogli wystawić je poza szybowiec. Przelatujemy nad drogą, ogrodzeniem i… bęc. Jedziemy już po trawiastym pasie. Chwilę tracimy prędkość, w końcu zatrzymujemy się, przechylamy na skrzydło i zapada cisza. To już. Trzeba wysiadać. Wszystko co dobre, szybko się kończy. Szczególnie loty za wyciągarką, gdy nie ma termiki.

Niemniej te minuty wystarczyły, by ten lot zapadł mi w pamięć niczym nasiono, które teraz kiełkuje. Kiełkuje i nie daje o sobie zapomnieć. Kiełkuje by wyrosnąć na kwiat-marzenie, z którego owoc przynosi tyle szczęścia. Tym owocem będzie samodzielny lot.

 



 

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Dodaj komentarz