Półtora roku więzienia i 116 tys. złotych – tylko czy aż?

Jest Wielkanoc 2016 roku. Gdy większość z nas spędza ten wieczór w rodzinnej atmosferze, Karol J. bawi się świetnie na mocno zakrapianej imprezie. Choć może „świetnie” jest tutaj słowem nie do końca zgodnym z prawdą, bo jednak J. stwierdza, że wrażeń jest mało. Może jakoś podkręcić atmosferę? Cóż by tu zrobić? Można wybiec nago na ulicę i straszyć przechodniów. Niestety wiosna tego roku nie była zbyt ciepła, więc pomysł ten nawet gdyby był rozważany, zapewne nie spotkałby się z aprobatą współimprezowiczów. Jest! Plan genialny w swojej prostocie, a jednocześnie jakże dowcipny i kreatywny. „Zadzwonimy na lotnisko i powiemy, że jest bomba” – zapewne zaproponował Karol J. Jak zadeklarował, tak też zrobił. Chwycił za telefon, wykręcił numer Portu Lotniczego Warszawa Modlin i bełkotliwym głosem, ale pewny siebie, poinformował o podłożeniu bomby i jej planowanej godzinie wybuchu.

Drugi telefon

Po pierwszej rozmowie Karola J. z pracownikiem lotniska, podobno otrzymał on drugi telefon od strażniczki granicznej. Ta upewniała się, że alarm jest prawdziwy. W tym momencie Karol J. stracił ostatnią szansę na uratowanie swojego „tyłka”. Po raz drugi informuje, że podłożony jest ładunek, który wkrótce wybuchnie.

Następstwa „żartu”

W tym momencie na lotnisku zostaje rozpoczęta procedura ewakuacji. Konieczne jest sprawne i bezpieczne, wyprowadzenie na zewnątrz ponad 400 osób ze strefy zamkniętej lotniska oraz minimum kilkuset z jego pozostałych pomieszczeń. Poza pasażerami oczekującymi na bezpieczny powrót do domu i pracownikami lotniska, ewakuowana została także straż graniczna. W ich przypadku sytuacja była o tyle skomplikowana, że opuszczenie posterunku wymagało zabrania ze sobą m.in. specjalnie zabezpieczonych dokumentów niejawnych oraz szyfrofaksu.

Zamieszanie również w powietrzu

W tym czasie do lotniska w Modlinie zbliżało się kilka samolotów, a w każdym z nich stu kilkudziesięciu pasażerów i załoga. Ze względu na ewakuację i zamknięcie lotniska, loty te musiały zostać przekierowane na Lotnisko Chopina w Warszawie. Spowodowało to niemałe zamieszanie logistyczne i ogromne koszty dla Ryanaira. Mowa nie tylko o dolocie do lotniska, ale także o kosztach obsługi samolotów na samym lotnisku, obsługi pasażerów przekierowanych na inne lotnisko niż te,  na które lecieli, a także kosztów związanych z opóźnieniami kolejnych lotów.

Bomby na szczęście nie było

Lotnisko zostało gruntownie przeszukane i na całe szczęście alert bombowy okazał się jedynie bardzo głupim żartem. Żadnego ładunku nie odnaleziono. Zmarznięty tłum kilkuset pasażerów i pracowników mógł wrócić do terminala. Minęło jeszcze trochę czasu, zanim wszystko wróciło do normy. Opóźnienia, raporty, niepotrzebne zagrożenie życia i zdrowia, stres, dyskomfort… a to wszystko w wielkanocny wieczór.

 



 

Wyrok i kara

Dzisiaj już wiemy, że Karol J. poniesie konsekwencje swojego nieodpowiedzialnego zachowania. Z powodzeniem możemy stwierdzić, że będzie to jeden z najdroższych żartów wszech czasów (szkoda, że zupełnie nie śmieszny). Sąd jednoznacznie uznał winę pozwanego i zasądził 1,5 roku bezwzględnego więzienia, 70 tysięcy złotych zadośćuczynienia za poniesione koszty linii Ryanair, kolejne 40 tysięcy złotych lotnisku w Modlinie, a także pokrycie kosztów procesowych, które w tym przypadku szacowane są na około 6 tysięcy złotych. Warto zaznaczyć, że prokurator żądał odpowiednio 1 roku i 8 miesięcy więzienia oraz kwot 80 i 50 tysięcy złotych. Jest to więc i tak lekko złagodzony wyrok.

„Przecież wiedzieli, że to tylko żart. Po co tak zareagowali?!!!111”

Gdy temat fałszywych alarmów bombowych pojawia się w mediach społecznościowych, zawsze można pod nim znaleźć różne błyskotliwe komentarze. Dość często pojawia się stwierdzenie, że przecież można było się domyślić, że to żart i zignorować informację o bombie. Czy to już samo w sobie nie brzmi idiotycznie?

Przyjrzyjmy się atmosferze, w jakiej miały miejsce opisane wcześniej wydarzenia. Tego dnia nie minął nawet tydzień, gdy Belgia opłakiwała ofiary zamachu na lotnisku w Zaventem. W łącznie trzech zamachach bombowych zginęły wówczas 34 osoby, a ponad 200 zostało rannych. W obliczu coraz częstszych ataków terrorystycznych zignorowanie jakiejkolwiek informacji o możliwości podłożenia materiałów wybuchowych mogłoby mieć naprawdę tragiczne konsekwencje. Kto byłby na tyle odważny (albo głupi) by wziąć odpowiedzialność za setki osób i stwierdzić, że akurat ten telefon jest tylko żartem? Takiej opcji nie bierze się pod uwagę. Życie ludzkie to nie lotto. Tu nie ma miejsca na przypuszczenia, przeczucia, czy intuicję. Jeśli jest alert bombowy – należy go sprawdzić zabezpieczając uprzednio teren i ludzi. Koniec i kropka. Decyzja pracowników lotniska jest zatem jak najbardziej słuszna i właściwa. Nie powinna podlegać żadnym rozważaniom co do zasadności.

Czy wyrok jest adekwatny do winy?

Podsumujmy. Mieliśmy do czynienia ze stworzeniem realnego zagrożenia życia i zdrowia ludzi. Choć bomby nie było, to jednak sama ewakuacja, nawet najlepiej zaplanowana i przeprowadzona, jest nienaturalną sytuacją. Podczas niej może dojść do różnych niebezpiecznych zdarzeń. Wybuch paniki, tratowanie ludzi, złamania, omdlenia czy nawet ataki serca u starszych osób spowodowane stresem, utrudniona reakcja służb ratunkowych – to wszystko mogło się stać. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, ale to zawdzięczamy jedynie profesjonalizmowi pracowników lotniska w Modlinie.

Druga sprawa to ogromne koszty, jakie musiał ponieść Ryanair oraz lotnisko. Koszty, których jedyną przyczyną był głupi żart, niczym nie uzasadniony wybryk. Dlaczego ktokolwiek miałby na tym tracić? Dlaczego przewoźnik miałby pokrywać te koszty z własnej kieszeni? Choć nie tworzyłem szczegółowej kalkulacji wszystkich możliwych wydatków, to mam niemal pewność, że 70 tysięcy złotych to kwota zbliżona do rzeczywiście poniesionych strat.

A więc. Tak, moim zdaniem wyrok jest w pełni uzasadniony, adekwatny i właściwy. Bardzo dobrze, że ten przypadek został tak nagłośniony przez media. Być może następni „Karolowie” zastanowią się dwa razy, zanim przyjdzie im do głowy pomysł na podobne rozrywki.

PS: Podobne wyroki powinny zapadać w przypadku osób, które otwarcie żartują na lotniskach z kwestii związanych z terroryzmem („No przecież nie mam bomby w tej walizce, nie?”) oraz tych, którzy świecą laserami w samoloty. W tym drugim przypadku pokusiłbym się nawet o zarzut świadomego narażenia życia pasażerów lecącego samolotu oraz drugi osobny zarzut narażenia na uszczerbek zdrowia pilota samolotu (konkretnie jego wzroku) i związanych z tym konsekwencji zawodowych (utrata pracy).

Foto: Lotnisko Warszawa Modlin

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Dodaj komentarz